W miłości jestem zmienna.

Jednego dnia moja miłość pachnie kotletem schabowym, innym razem feromony unoszące się nad garnkiem zwiastują szczawiową. Niekiedy rosnąca temperatura w piekarniku (nie sięgająca jednak zenitu) obwieszcza pieczone piersi, zaś kolejnego dnia fantazja kulinarna skłania mnie ku szynce. A gdy przychodzi lato, jeszcze rzadziej zaglądam “na salony”, bo wówczas moim królestwem staje się kuchnia.

Sezon słoikowy uroczyście zainaugurowałam dżemem truskawkowym, by następnie przejść do malinowego, okraszonego klasycznym już: “że tak Ci się chce?” mojego męża.

Później moją miłość (wraz z sokiem malinowym) przelałam skrupulatnie do butelek, a gdy butelki przestały przybywać w zastraszającym tempie, wmawiałam sobie, że od przybytku głowa nie boli. Znudzona malinowym aromatem, który nie pociągał mnie już tak jak ubiegłej zimy, postanowiłam sprawdzić czy brzoskwiniowy dżem będzie odpowiedzią na “to coś, co bym zjadła”.
Jako że teściowie zintensyfikowali pracę przy kiszeniu ogórków, mogłam pozwolić sobie na przebranżowienie się w niszę ogórkowo-sałatkową. Następnie do kuchni zaprosiłam jeżyny, porzeczki, a finał zamykania lata do słoików pachniał aronią.

Jestem zmienna w miłości… serwowanej mężowi i córce na talerzu. I chociaż sama tego pojąć nie mogę, to lubię to zaangażowanie myśli, rąk i garnków, dzięki którym wyrażam miłość do nich. I nieważne, że z racji koniecznej diety podaję wówczas dania wyłącznie dla nich (nie zmuszając ich do tych “bez glutenu=bez sensu”).
Bo kiedy karmi się miłość, napełnia się serca do syta.

Że też na bierzmowaniu (z racji kuchennego podejścia do gościny) nie wybrałam imienia Marta…


Powiązane wpisy

Zostaw po sobie komentarz do tego wpisu. Śmiało, nie krępuj się :)